Do Viñales pojechałam z Hawany. Jeszcze na dworcu, ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu spotkałam Jacka, którego poznałam w Trynidadzie. Nasze drogi rozeszły się po to, by znów się skrzyżować właśnie w tym miejscu. Cóż za „przypadek”!

Kiedy już ogarnęliśmy co, gdzie i jak i zapakowaliśmy się do autobusu, był czas na opowieści z drogi. Jack z wypiekami na twarzy opowiadał mi o swoich przygodach, a ja jemu o moich. Do naszej rozmowy włączyła się sympatyczna blondynka, która siedziała za nami i cały czas bacznie nam się przysłuchiwała. Na postoju mieliśmy okazję lepiej poznać Evę. Zanim dotarliśmy na miejsce, cała nasza trójka wiedziała, że ten czas w Viñales spędzimy razem. Na miejscu przywitali nas mieszkańcy, którzy przekrzykiwali się w swoich ofertach na nocleg. Niektórzy pokusili się nawet o tabliczki ze zdjęciami pokoi. My jednak mieliśmy już noclegi zarezerwowane, więc grzecznie podziękowaliśmy za ofertę i każdy ruszył w swoja stronę po to, żeby spotkać się znowu nieco później.

Dotarłam do miejsca gdzie jak spodziewałam się będę nocować. I tutaj pojawiły się schody. Okazało się, że przyjechałam o dzień za wcześnie niż się mnie spodziewali i nie mieli dla mnie miejsca. Nie zmartwiłam się jednak zbytnio, bo wiedziałam, ze ktoś zaprzyjaźniony z tymi gospodarzami na pewno coś dla mnie znajdzie. Miałam podobną sytuację wcześniej i wszystko było ok. Tak przecież funkcjonuje sieć kontaktów na Kubie. No i miałam rację. Już po kilku chwilach przyjechał po mnie na skuterze, ciut starszy ode mnie, przyjaciel gospodarzy. Jak się później okazało był to ich zięć. Ich dom znajdował się na drugim końcu miasteczka, stąd dreptanie odpadało, szczególnie z bagażami.

Nowi gospodarze okazali się być całkiem sympatyczną, choć nieco dziwną, rodzinką z dzieciakami. Pokój, który dostałam nie szczególnie przypadł mi do gustu. Miał szklane, matowe drzwi i dużo okien, na których były co prawda zasłony, ale nie osłaniały one wszystkiego. Czułam się tam niezbyt komfortowo, ale przecież nie zależało mi na luksusie, a jedynie na bezpieczeństwie i nieco prywatności. W obliczu późniejszych doświadczeń żałowałam, że zdecydowałam się na ten nocleg. Po raz kolejny upewniłam się, że jeśli czujemy, że coś jest nie tak, to na pewno tak jest. Jednak wtedy nie przeczuwałam co miało się wydarzyć za 2 dni. Po wstępnych oględzinach i decyzji, że zostaję szybko się ulokowałam. Po tak długiej podroży było niezmiernie miło zdjąć ciężki plecak i usiąść wygodnie. Zwłaszcza, że poparzenie słoneczne z Cienfuegos dawało o sobie znać, a skóra domagała się nawilżenia. Wszystko byłoby ok i zapewne zapadłbym w głęboki sen, gdyby nie nie to, że kiszki mi już marsza grały. Oznaczało to jedno – czas poszukać czegoś do jedzenia.

Moi nowi znajomi mieli podobne zdanie w tej kwestii, toteż od razu ruszyliśmy na poszukiwania knajpki, która by nie była tak przepełniona jak te, które mijaliśmy. W końcu trwał sezon turystyczny i Viñales przeżywało istne oblężenie. Poza knajpami i sklepami nie sprawiało to jednak większego problemu, bo na ścieżkach nie było tłumów. W końcu jest – trafiliśmy na państwową restaurację, która serwowała pyszne dania w rozsądnych cenach. Obsługa była prawdziwie miła, wiesz, nie tak przesadnie czy tylko po to żeby zarobić, ale tak naprawdę, wierz mi, to da się wyczuć. Można się było zdziwić, ale wystrój też był całkiem przyjemny. W takim miejscu jedynym problemem było wybranie tego, na co się miało ochotę.

Kiedy już odzyskaliśmy siły, zregenerowaliśmy się po podróży i napełnili żołądki, wybraliśmy się na spacer po okolicy. Szliśmy bez planu, gdzie nas nogi i oczy poniosą. Mijaliśmy rożnych ludzi, piękne kolorowe domki, bawiące się dzieci, innych turystów. Na swojej drodze spotkaliśmy też Martina. Wracał do domu, na farmę. Zaprosił nas do siebie. Była to farma tytoniu. Nie jakaś ogromna jakie widzieliśmy później, ale taka zwyczajna – jak zwykłe gospodarstwo rolne jakie znam z dzieciństwa . Na miejscu jego mama opowiedziała nam o procesie uprawy tytoniu oraz tego jak powstają cygara.

Z tych jej opowieści niewiele rozumieliśmy, jednak Martin pospieszył nam z pomocą i tłumaczył na j. angielski, którym całkiem sprawnie się posługiwał. Korzystając z okazji zapytaliśmy o zdjęcia, które wisiały na ścianach domu. Skromna gospodyni uraczyła nas opowieściami rodzinnymi i zapaliła z nami cygaro.

Kawałek historii kubańskiej rodziny

To było moje pierwsze w życiu cygaro! Możesz więc sobie wyobrazić późniejszy ból głowy… Ale nie żałuję! Zawsze chciałam spróbować jak smakuje i sprawdzić co w nim jest takiego, że wielu słono za nie płaci. Do dziś jednak nie wiem o co chodzi w tym, cygarowym biznesie i dlaczego palenie jest tak prestiżowe.

Pierwsze cygaro
Pierwsze w życiu cygaro

Miło nam było gościć w ich skromnych progach, ale czas tak szybko uciekał. Podziękowaliśmy więc za wszystko i ruszyliśmy dalej – gdzie nas oczy i nogi poniosą.

c.d.n.

Bridget Travel Newsletter

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here